Stara gra w nowej odsłonie - Grzybobranie Granna

piątek, 8 lipca 2016, 14:31


Czwarta nad ranem. Środek nocy. Za oknem ciemność. Dzwoni budzik. Pierwszy wstaje Dziadek Jasio. Nastawia wodę na kawę, robi kanapki. Krząta się po domu tak, by wszyscy pozostali wiedzieli – już czas. Dorośli budzą się powoli, z ociąganiem. Strzepują niechciany sen z powiek. My, trójka dzieciaków, szybko zrywamy się z łóżek pełni sił i energii. Jemy kanapki, parzymy sobie usta herbatą. Za oknem świta. Dziadek wręcza każdemu z nas koszyk i mały kozik, nożyk do czyszczenia grzybów. Idziemy na grzybobranie.

Kilka godzin chodzenia po lesie. Nawoływania się. Sprawdzania, czy nikt się nie zgubił. Pajęczyny, w które co chwila wpadam. Wielkie czerwone gryzące mrówki. I ten zapach lasu. Mmmm. Ciotka Bacha zawsze biega po lesie jak szalona. Dziadek, powoli, metodycznie zagląda pod każdy krzaczek. Wujek Zenonek struga nam patyki, byśmy mogli sprawdzać gdzie grzyb rośnie. Daniela śpiewa z nami piosenki a Bena (wtedy jeszcze Mama Bena a nie Baba Bena) pokazuje jak wyglądają różne grzyby. Chwila nerwówki, wołamy ale Bacha nie odpowiada. Wiadomo, znowu gdzieś poleciała. Chodzimy i krzyczymy po lesie. W końcu jest, usłyszała. Spotykamy się wszyscy razem i zaglądamy sobie zazdrośnie w koszyki. Liczymy, ile kto zebrał. Sprawdzamy kto tym razem został Królem Lasu.

* * *

Minęło trzydzieści lat. Czwarta nad ranem. Środek nocy. Za oknem ciemność. Dzwoni budzik. Pierwszy wstaje Wujek Andy. Nastawia wodę na kawę, robi kanapki. Cały dom budzi się powoli. Ale nie my. O nie! Teraz już jestem mądrzejsza. Nigdzie nie idę. Jak sens ma wstawanie o tej porze na grzyby? Że co, o świcie są większe? Że trzeba wstać, bo inni nam wyzbierają? Trudno, niech wyzbierają. Bachory śpią i słodko pachną snem. Przekręcam się na drugi bok. A gdzieś w zakątkach mózgu tłucze mi się podejrzenie, że ta moja rodzina nie jest jednak do końca normalna.

Dochodzi południe. Wokół cisza i spokój. Wszyscy poszli na grzyby. A my z Tatą Chłopców spokojnie dopijamy kawę i rozkładamy planszę. My mamy swoje grzybobranie, a tamci swoje. Układamy grzybki, rozdajemy koszyczki, wybieramy pionki. Miętus z wypiekami na twarzy nie może się doczekać. Tedi patrzy na nas z dystansu i metodycznie zamienia piaskownicę w małe bajoro. Na szczęście, bo inaczej zżarłby nasze plastikowe grzybki i popsuł całą zabawę, myśli wyrodna Matka.



* * *

- Rety, macie grzybki! – Baba Bena spogląda na naszą rozłożoną grę – To była moja ukochana gra w dzieciństwie.

- O, ale fajnie, zagram z Wami następną kolejkę – mówi Daniela – ja też zawsze uwielbiałam grzybki, bo tak ją wtedy nazywaliśmy. Grzybki, a nie grzybobranie.

Rozstawiamy pionki na nowo. To ulepszona wersja, z bajerami, więc Miętus tłumaczy Babci i Ciotce zasady.

- Trzeba rzucać kostką i chodzić i zbielać gzyby. Ale jak wyzucisz sześć to idziesz do domku Baby Jagi. Możesz dać jej gzyba i wtedy ona cię wypuszcza albo rzucasz kostką. Jak masz jeden, tsy albo pięć to ona cię wypuszcza a jak masz dwa albo cztely albo sześć to siedzisz u niej dalej. - Peroruje nasz trzy-i-pół-latek.

Gramy. Daniela, jak w prawdziwym życiu, zbiera nam wszystkie grzyby sprzed nosa. Miętus też radzi sobie całkiem nieźle. Tylko Matka z Babą Beną ciągle na zmianę rzucają szóstki i trafiają do Baby Jagi. Ech. Jak w życiu. Oni mają pełne prawie koszyki, my z Babcią utknęłyśmy u starej wiedźmy. Miętus z przejęciem rzuca kostką, odlicza pola, z wypiekami na twarzy zrywa grzybki i wkłada do swojego malutkiego koszyczka. A Matka cieszy oczy tym widokiem, toć najpiękniejszy teatr.


* * *

To gra, do której nie można nie mieć sentymentu. Wszyscy ją znają z dzieciństwa. No, może prawie wszyscy, bo tata Chłopców jakimś cudem się uchował i o Grzybobraniu nigdy nie słyszał.

Pamiętam swoja starą planszę, przepiękne prawdziwie leśne rysunki, stonowane kolory. Nie wiem co się z nią stało. Pewnie po latach grania niewiele było już na niej widać, grzybki z czasem się pogubiły i trafiła w końcu na śmietnik. Była piękna. Chciałam kupić Chłopcom taką samą, ale niestety jest już nie do dostania.

Wiele firm ma swoje wersje Grzybobrania. Matka długo wahała się którą wybrać. To zbyt infantylna grafika, to niepotrzebne wtręty z innych bajek, to jakieś udziwnienia, to grzybki nie trzymają się na planszy i lekkie jej szturchnięcie (a spróbujcie grać z trzylatkiem bez szturchania planszy!) powoduje, że wszystko się przewraca.

Wybór padł na Grzybobranie Granny. Wygrała precyzja i solidność wykonania oraz prostota i estetyka planszy. Matka, przyznajmy to szczerze, miała na początku pewne obiekcje. Po co to cała Chatka Baby Jagi? Po co te dodatkowe żetony ze zwierzątkami, które umieszcza się na planszy, a które wprowadzają dodatkowe utrudnienia? Po co zmieniać coś, co było doskonałe w swej prostocie?


Solidne, tekturowe pudełko kryje w sobie porządną grubą planszę, cztery plastikowe koszyczki, cztery pionki, kostkę, 25 grzybków w trzech kolorach i instrukcję. W porównaniu do „standardowej” wersją są tu także ściany Chatki Czarownicy, które włożone w odpowiedni sposób w pudełko tworzą trójwymiarowy model chatki, oraz żetony ze zwierzątkami, które w dowolny sposób umieścić można (ale nie trzeba!) na planszy. Zatrzymanie się na polu z żetonem zwierzaka powoduje, iż gracz ma do wykonania dodatkowe zadanie – może poruszyć się o2 pola do przodu lub tyłu, zamienić zawartość swojego koszyczka z innym graczem, wybrać sobie jeden grzybek z dowolnego miejsca na trasie albo wykonać inne polecenie. Do każdego zwierzaka przypisane jest inne zadanie, wszystko szczegółowo i klarownie pokazuje instrukcja. Zasady są proste, nasz trzylatek zrozumiał je po pierwszej rozgrywce, a po kilku kolejnych znał je na pamięć.

Dodatkowym bonusem są tekturowe figurki zwierząt i ta najważniejsza – Baba Jaga, czarownica czy wiedźma jak kto woli. Nie biorą one udziału w grze, mogą stać sobie z boku planszy jako dodatkowa ozdoba lub służyć maluchom do zabawy.




Wszystkie elementy precyzyjnie wykonane i bardzo solidne. Tektura gruba, z serii tych nie do zdarcia. Grzybki stabilnie stoją w otworkach i nawet odwrócenie planszy do góry nogami powoduje, że nie wypadają. Koszyczki plastikowe i same grzybki są śliczne. Jedyne, do czego można się przyczepić to brak zapasowych grzybków – jest ich dokładnie tyle, ile otworków w planszy, trzeba się więc bardzo pilnować, by nie zgubić żadnego. Szkoda, nam by się przydało kilka na zapas, bo Bachory mają zakusy by używać ich w innych zabawach, na co matka reaguje pewnym stresem.



* * *

No dobrze, powiecie, ale po co jednak te udziwnienia. Po co zmieniać, stare jak świat zasady? Po co ta cała czarownica i żetony zwierząt? Po co dodatkowe reguły?

Otóż myk polega na tym, że nie musicie się do nich stosować. Cała gra pomyślana jest tak, że można grać w jej klasyczną wersję.

U nas jednak szybko okazało się, że Dom Baby Jagi to hit nad hity. Nic nie wzbudza tyle emocji, co szóstka na kostce i konieczność przeczekania kolejki u starej wiedźmy. Wkracza tu jeszcze jeden element - do gry, w której wygrana, jak by nie było, zależy tylko od losu, dochodzi konieczność pewnej „mini-strategii”. To od gracza zależy, czy oddaje czarownicy jeden ze swoich grzybów, czy też próbuje się wykupić rzutem kostką. Dla nas dorosłych to nic, ale wierzcie mi, że trzyletni Miętus poważnie się nad tym zastanawia i – ku uciesze dorosłych – snuje swe dywagacje analizując różne za i przeciw. Tu grzyba szkoda, tu inni gracze zmykają mu na planszy sprzed nosa zostawiając za sobą puste dziurki bez grzybów. Prawdziwy dylemat :)

Polecamy z całego serca.

Grzybobranie, Granna. Do kupienia na przykład tu: TU







Zobacz też :

4 komentarze

  1. Jedna z naszych ulubionych :) Ale takiej przestrzennej jeszcze nie mamy. Zagrałoby się :)

    OdpowiedzUsuń
  2. WOW!!! uwielbialam grać w to z babcią, to jedne z nielicznych miłych wspomnień z dzieciństwa!Chętnie się zaopatrze w tę grę, zwłaszcza, że bardzo lubię wydawnictwo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ok zapisana na liście obowiązkowych zakupów :-))

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeszcze bardziej zaczarowana gra :-)
    Uwielbiamy grzybobranie :)

    OdpowiedzUsuń

Dołącz do nas:

 

Google+

Bloglovin

Cudowne i pożyteczne