Maja z księżyca i Dzień Dziadka

wtorek, 19 stycznia 2016, 13:41



- To jak! Robimy szopkę? – Dziadek Bronek spojrzał na mnie zza okularów.

- Taaaaak! - krzyknęłam i z piskiem pobiegłam do jego pokoju.

Dziadek wyciągnął wielki kawał styropianu i dwa małe nożyki. Spójrz, tu będzie podłoga, z tego zrobimy ściany, a z tych dwu mniejszych kawałków zrobimy dach. Patrzyłam onieśmielona jak spod pod jego palcami styropian zamienia się w mały domek. W pokoju unosił się silny zapach tytoniu i wody kolońskiej. Wszędzie dookoła porozkładane były prawdziwe skarby – kawałki materiałów, aksamitki, złote tasiemki, kolorowe groszki i koraliki, sreberka, malutkie plastikowe zwierzątka, figurki ludzi i ołowiane żołnierzyki. Masz tutaj materiał, przyklej go, a tu przyklej złotą tasiemkę.

A potem zadziała się magia. Pod choinką stanęła prawdziwa maluteńka szopka. Z Jezuskiem, Maryją i Józefem. Z owieczkami, krowami, psem, pastuszkami i Trzema Królami. Nasza szopka, moja i Dziadka. Niby nasza a jednak całkiem magiczna. Godzinami się jej przypatrywałam.

Dziadek Bronek był czarodziejem. Jego szopki stawały w gdańskich kościołach. A sklepy dumnie obnosiły się z wystawami zrobionymi przez niego.

* * *

- To jak Syberyjaki, idziemy na grzyby? Terecha, zakładaj kalosze! – powiedział Dziadek Jasio próbując ogarnąć trójkę swoich wnucząt, które rodzice co roku podrzucali mu na wakacje.

- Dziadku, ja nie jestem Terecha! – sześcioletnia Mama Gosia krzyknęła ze śmiechem wietrząc dobrą zabawę.

- Chodź Bacha, nie marudź – Dziadek Jasio puszczał oko do Ali.

- Dziaaaadku, nie jestem Bacha!!! - Ala złościła się i śmiała zarazem.

I szliśmy. Najpierw On. Śmiesznym zamaszystym krokiem. A za nim, we trójkę, my. Z pewnym podziwem i nieustającym zdziwieniem przyglądając się jego długim stopom i krzywym kolanom. O tych kolanach krążyły przeróżne legendy. Że za młodu Dziadek dużo jeździł konno, i dlatego mu takie zostały. I że to dzięki nim przeżył wojnę, bo bomby przelatywały mu między nogami (och, jakichże to rzeczy podłe wnuki nie wypisywały o Dziadku w szkolnych wypracowaniach!).

Wieczorami, w małym drewnianym domku, przy nocnej lampce, słuchaliśmy szumu lasu. A Dziadek zaczynał opowiadać…

* * *

Miałam najwspanialszych na świecie Dziadków. Sama ich sobie zazdroszczę.

Szkoda, że moi synkowie ich nie poznali. Myślałam. I pocieszałam się myślą, że mój ojciec i ojciec Taty Chłopców pewnie też będą fajnymi dziadkami.

* * *

Długo chodziłam koło tej książki. Dziesiątki chyba razy brałam do ręki, oglądałam, czytałam po kryjomu fragmenty w księgarni, podziwiałam. I odkładałam z powrotem na półkę. Wiedziałam o czym jest. I bałam się jej.

Gdy trafiła w końcu do domu, schowałam ją głęboko do szafy. Gotowałam, sprzątałam, bawiłam się z dziećmi, pracowałam. Cały czas udając, że jej tam nie ma. Ale ona była. Non stop czułam jej wzrok na sobie. Choć książki ponoć oczu nie mają.

W końcu dojrzałam. Przezornie poczekałam aż wszyscy wyjadą z domu i spoconymi ze zdenerwowania dłońmi wyjęłam ją z szafy.

Nieduży format. Przydymiona różowa okładka. A na niej krótkie wprowadzenie.

Ala ma sześć lat i siostrę Maję. Maja nie jest zwyczajną dziewczynką, tylko Księżniczką Księżyca. Przygotowuje się do objęcia księżycowego królestwa, dlatego z dnia na dzień staje się coraz bardziej blada i krucha. Cały dzień otacza ją służba w białych fartuchach, która wszystko za nią robi. 

Ala wyobraża sobie, jak jej siostra szybując na księżyc spotyka ławicę ogromnych wielorybów, jak jeździ na rozgwiazdach i gra w tenisa z księżycowymi bobrami. Jak robi na drutach nowe galaktyki, przetykając je gwiazdami i paciorkami planet. I jak bawi się w specjalnie dla niej stworzonym wesołym miasteczku.

Czytałam na szczęście w samotności. Z chusteczką w ręce.


* * *

Miałam pewność, że tak trzeba. Tedi jest jeszcze za mały. Ale Miętus dużo rozumie. Czasem za dużo. A jak nie rozumie, to wyczuwa tym swoim szóstym zmysłem, który odziedziczył po kobietach z mojej rodziny. Tak czy siak wkrótce zobaczy, że dzieje się coś złego. Więc lepiej przygotować go zawczasu. Powoli i stopniowo oswoić z tematem. Przekonywałam samą siebie.

Ale próbowałam zaklinać rzeczywistość. Wszak rzeczy nie nazwane nie istnieją. Nie miałam siły, żeby wyjąć tę książkę z szafy. Odkładałam to z dnia na dzień. Powtarzałam sobie, dziś nie jest dobry moment. Miętus jest zbyt zmęczony. Zbyt smutny. Zbyt wesoły.

* * *

„Maja z księżyca” to niezwykła opowieść. Opowieść o tym, jak mała dziewczynka próbuje na swój własny, dziecięcy sposób zrozumieć chorobę siostry. Jak radzi sobie w tej trudnej sytuacji. Jak buduje wspaniały lepszy świat w swojej wyobraźni. To piękna magiczna historia pełna przedziwnych stworów, bajkowych postaci i niezwykłych przygód Księżniczki Księżyca.

To historia snująca się jak dym. Wśród pastelowych, przygaszonych kolorów. Wśród przepięknych niezwykłych rysunków. Nietypowych kadrów.

Czy nie jest zbyt przerażająca, zbyt trudna dla małego człowieka? Wydaje mi się, że nie jest. To my, dorośli, nakładamy na nią nasze dorosłe rozumienie. To dla nas, dorosłych, aparat tlenowy to znak wymykającego się życia. Dla dziecka, jak dla Ali, to znak, że ziemskie powietrze może zaszkodzić kosmicznym księżniczkom.


* * *

Długo czaiłam się z tą książką.

I już nie było na co czekać. Dziadek Miętusa trafił do szpitala. Znowu.

A ja miałam coraz mniej odwagi i siły by stawić czoła pastelowym kolorom i magicznym rysunkom.

Jeszcze zdążę, przekonywałam samą siebie. Jest przecież czas.

Nie zdążyłam.

* * *

- Tato, jak tam jest? - spytała, kiedy niósł ją na plecach do samochodu. 
- Gdzie, kochanie? 
- Tam, dokąd idzie Maja. Tak naprawdę. 
- Nie wiem, skarbie - odpowiedział tata. Nikt tego nie wie. Na pewno jest to coś innego niż wszystko, co potrafimy sobie wyobrazić. Możemy tylko próbować.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

PS. Od napisania tego tekstu minęło już trochę czasu. Zdążyłam wziąć się w garść. I w końcu zdobyłam się na odwagę żeby przeczytać z Miętusem „Maję”.
- Mamo, a dziadek też tam jest? Na tym księżycu? Z Mają?
- Nie wiem - powiedziałam bezradnie - może tak. Na pewno jest tam gdzieś w górze, wysoko wysoko na niebie. I patrzy na nas cały czas. Pilnuje, żeby nic złego nam się nie stało.
- To dobrze – powiedział Miętus.
I pobiegł do zabawek.


* * *


O tym, co wydawca pisze na temat tej książki możecie przeczytać TU.



"Maja z księżyca"
Autor i ilustracje: Katarzyna Babis
Wydawnictwo: Widnokrąg
Okładka: twarda
Liczba stron: 48
Format: 20 x 20 cm
Wiek: teoretycznie 6+ (ja czytałam z 3-letnim Miętusem i wydaje mi się, że sporo z tej książki zrozumiał, a historia jest na tyle krótka i na tyle ciekawa, że taki maluch łyka ją w całości na raz)

Zobacz też :

2 komentarze

  1. Wzruszona ogromnie, ze ściśniętym gardłem zapisuję ten tytuł, choć nie wiem czy tak jak u ciebie nie przeleży w szafie długo, za długo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne są takie książki i bardzo potrzebne. Pomagają nie tylko dzieciom, ale i nam dorosłym zrozumieć więcej i czuć bardziej.

    OdpowiedzUsuń

Dołącz do nas:

 

Google+

Bloglovin

Cudowne i pożyteczne