Czy Zachęta zachęca dzieci?

piątek, 2 października 2015, 02:21



Dość tej muzyki! Powiedziała stanowczo Matka. Dość tych koncertów, tych śpiewów w samochodzie, tej opery pekińskiej, tych bajek o muzyce (wybacz Ojcze Chrzestny Miętusa), tego grania na wszystkim co możliwe! Pora rozbudzić w dzieciach inne zainteresowania. I by zachęcić ich do innej sztuki zabrała matka Bachory do Zachęty.

A okazja, zdawałoby się, wyjątkowa, bo i wystawa „Ogrody” wyjątkowo się zapowiadała. Według informacji na stronie internetowej Zachęty:

„Wystawa jest adresowana do wszystkich miłośników sztuki gotowych do porzucenia tradycyjnych sposobów zwiedzania. Wchodząc na nią, zamknijcie oczy, otwórzcie uszy... (…) Wystawa „Ogrody” znosi zasadę „nie dotykać”, zmniejsza też dystans fizyczny między widzem a dziełem sztuki. Dla odbioru prezentowanych na niej obrazów, instalacji, obiektów wzrok jest ważny w takim samym stopniu jak słuch, węch, dotyk, smak oraz doznania ruchu. Ich istotą jest materialność i sensualność. Zwiedzający są zachęcani do dotykania zarówno wzrokiem, jak i dłonią, wąchania, nasłuchiwania, stąpania po dziele sztuki i wchodzenia w nie. (…) Wystawa w pewnym sensie nawiązuje do doświadczenia ogrodów sensorycznych, projektowanych tak, aby w sposób celowy pobudzać wszystkie zmysły. Jest niczym zaproszenie do Tajemniczego Ogrodu – ogrodu z ukrytymi tajemnicami, meandrami wspomnień i zachwytów, labiryntem pomiędzy realnym i metaforą, ogrodu zawieszonego pomiędzy światem emocji i rozumu” 

To coś naprawdę dla małych Bachorów, coś dobrego na początek. Pomyślała Matka. Bo do samego malarstwa Miętus na razie mięty nie poczuł. Choć Matka próbowała już od miętusiej maleńkości miłość w nim zaszczepiać i oryginalnego Marka Rothko pokazywała półrocznemu synowi.

Tu będzie inaczej, będzie mógł sobie pomacać, powąchać, posłuchać (sic!). Może nam się w tej Zachęcie zachęci. Kto wie.

* * *

Pełni pozytywnych emocji i zaciekawienia idziemy. Sala pierwsza. „Zakwit” na ścianie. Miętus nie bardzo wie co z tym zrobić, patrzy niepewnie, dotyka paluchem. Ale im dłużej patrzy tym bardziej mu się podoba. Nawet Tedi się zainteresował. Fajnie. Myśli Matka.


Idziemy dalej. „Ogrody niepamięci”. Nieregularny fragment podłogi wysypany żwirem i kamieniami. Na środku źródełko i niewielki staw. Miętus lubi wodę, cieszy się Matka. Mieliśmy wchodzić na instalacje więc wchodzimy. Miętus spontanicznie bierze mały kamyk i wrzuca do wody. Zawsze tak robi, gdy jesteśmy przy fontannie. Jeden mały kamy. „Proszę nie wrzucać kamieni do wody!” zbija nas z tropu groźny głos. Matka przygryza wargi, powinna była przewidzieć i od razu sama delikatnie zainterweniować. Miętus, wrażliwy na uwagi innych, nieco się spłoszył.


Dalej są „Membrany”- piękne wiklinowe koła o przeróżnych wzorach zawieszone w przestrzeni, ich cienie kładące się na ścianach i podłodze tworzą ciekawe wzory. Miętus przejeżdża palcem i – jak można się było tego domyślać - sprawdza czy różne wzory wydają różne dźwięki. „Proszę nie bujać eksponatu!”. Miętus wystraszony cofa rękę. Przecież było napisane, że można dotykać, delikatnie protestuję. Dotykać tak, ale bujać nie! Pada odpowiedź. A Matka się biedzi, jak można dotknąć delikatnych ażurowych kół zawieszonych na linach i jednocześnie nie rozbujać ich choć trochę.




 Idziemy dalej. Już niepewni co wolno a czego nie. My, rodzice - wytresowani przez lata, że w muzeum niczego się nie dotyka. A jednocześnie zachęcani przez tabliczki na ścianach, by poznawać instalacje wszystkimi zmysłami, zapewniani pisemnie przy każdej z nich, że można ją pomacać. Miętus, nieco zaniepokojony i onieśmielony surowymi uwagami obsługi, komentuje różne rzeczy szeptem, zachowuje się jak w kościele. I na wszelki wypadek trzyma się od wszystkich eksponatów z dala.

Przed nami „Moja wanienka”. Na dwóch krzesłach stoi cynowa (?) wanienka wypełniona piaskiem znad Bałtyku, w środku grabki zrobione z bambusowej drapaczki, którą można dostać na każdym prawie jarmarku. Matka czyta, informacja na tabliczce jak byk: można dotykać. Mietus zachęcony bierze grabki w rękę i grabi piasek nie bardzo wiedząc po co. I nagle Matce coś strzela do łba. Wyciąga aparat i pstryk, robi zdjęcie. „Proszę nie używać flesza!”. Racja, w muzeum lamp błyskowych się nie używa.


Jest jeszcze jedna sala. Wchodzimy krótkim ciemnym korytarzem. Słychać łąkę o zachodzie słońca. W białej ścianie nieduży otwór. Miętus kuca i wsłuchuje się w kolejne odgłosy. Na środku duże dziwne naczynie przypominające wazon. Gdy przyłożyć ucho do górnej jego części, też słychać dźwięki. Na szczęście nie ma nikogo z obsługi. Miętus się rozluźnia.

Ale to już koniec "Ogrodów".

* * *

Jest jeszcze druga wystawa – „Spojrzenia”. Spojrzeliśmy po sobie niepewnie. Idziemy. Już na początku Miętus dotknął delikatnie instalacji przypominającej, jako żywo, drabinkę z jego placu zabaw. Trwało to chwilkę, kilka sekund może.

Z daleka nadbiegł pan w czerwonym krawacie (tak tak, to ten z tyłu na zdjęciu poniżej). „Proszę nie dotykać eksponatów!”. Przerażenie w oczach Miętusa. I: mamo chodźmy stąd, ja już tu nie chcę. Prosi. Wychodzimy.


 * * *

Trzy refleksje na zakończenie:

  1. Matka i Tata Chłopców naprawdę w kilu muzeach w swym życiu byli. Wytresowani są przez lata. Wiedzą, że eksponatów się nie dotyka. Nie traktują swoich Bachorów jak pępka świata, nie uważają, że wszystko się im należy. Nie są wyznawcami bezstresowego wychowania. Wprost przeciwnie, zgodnie twierdzą, że dziecko trzeba od maleńkości uczyć, jak ma się zachować. Także w muzeum czy galerii. Ale zachęceni przez informacje na stronie internetowej Zachęty i informacje znajdujące się na tabliczkach przy każdym eksponacie mieli nadzieję, że coś się zmienia. Że naprawdę można przyjść w takie miejsce i pomacać powąchać, posłuchać. Pozwolili sobie i dzieciom na więcej, przesunęli w swojej głowie granice. To błąd. 
  2. Wystawa „Ogrody” składa się z czterech sal. Może z kilkunastu eksponatów. Ogląda się ją w kilka minut. Pozostawia silne poczucie niedosytu i wrażenie: jak to? to już? to koniec? Niewiele więcej można zobaczyć na drugiej wystawie - „Spojrzenia”. Mało jak na Narodową Galerię Sztuki. Bardzo mało. Wiem, nie ilość lecz jakość się liczy. Kiedyś jechaliśmy przez pół kraju zobaczyć jeden obraz. Serio. Ale to chyba nie jest ten przypadek ;) 
  3. Zachęta dzieci nie zachęca. Nie wiem, być może mają naprawdę ciekawą ofertę jeśli chodzi o warsztaty i zajęcia dla najmłodszych. Nie byliśmy, nie mogę ich ocenić. Ale obawiam się, że na hasło: idziemy do galerii? Miętus odwróci się na pięcie i wybierze plac zabaw.
    Albo, co gorsza, kolejny koncert opery pekińskiej ;) 

* * *

Post Scriptum:

Matka szczerze przyznaje: nie cierpi Szwecji. Nie cierpi całej Skandynawii, ale Szwecji w szczególności. Czy to kwestia komarów wielkości wróbli, paskudnego jedzenia (chleb słodki, ogórki słodkie, śledź słodki, tfu), plastikowych uśmiechów przyklejonych do wieczne pogodnych twarzy, wszechobecnego „no problem”. Czy ex-ojczyma Szweda (którego skądinąd całkiem lubiła), konieczności spędzania wszystkich wakacji w jego ojczyźnie i nieustannego bycia zmuszaną do podziwiania jaka ta Szwecja piękna-i-wspaniała-i-najlepsza-na-świecie. A może po prostu tego, że ciemno, mokro, zimno i do domu daleko. Ale jedno Matka docenia i jednego im zazdrości – podejścia do dzieci we wszystkich prawie muzeach i galeriach. Czego przykład możecie znaleźć na stronie Ohany.

Zobacz też :

7 komentarze

  1. Zgadzam się w 200% :/
    Rozbudzone oczekiwania moje i córki. ..
    Drzewo przed wejściem okazało się atrakcyjniejsze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smutna prawda :( U nas wygrała fontanna. Ale postanowiliśmy się nie poddawać i będziemy w najbliższym czasie sukcesywnie odwiedzać różne miejsca - galerie, muzea, parki tematyczne - i sprawdzać, jak wyglądają pod kątem dzieci. Zatem w najbliższym czasie obiecuję zalew postów na ten temat i serdecznie zapraszam :)

      Usuń
  2. Czyli zmienia sie niewiele... Pewno i dlatego u nas w domu postawiono na muzyke ;-) k

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciągle mam nadzieję, że jednak powstają nowe miejsca z myślą o maluchach także. Bo przecież zapotrzebowanie jest na nie ogromne! Dziś byliśmy w Koperniku. Wrażenia mega pozytywne. Począwszy od Galerii Bzzz, skończywszy na toaletach i barze z menu dla dzieci :)

      Usuń
  3. Szkoda. Szkoda. Szkoda. Bo sztuka w życiu bardzo potrzebna, choć nieużyteczna. Pytanie, czy możemy coś zrobić, żeby nam było bliżej do Szwecji? rzucam w świat pytanie, niech odpowiedzi przychodzą

    OdpowiedzUsuń
  4. Aaaah, zła jestem cholernie, bo mieliśmy jechać do Warszawy na tę wystawę, ale jakoś nie wyszło. A tak się fajnie zapowiadało! Ba, z tego co widzę na Twoich zdjęciach, spędzilibyśmy tam pół dnia.
    Szkoda, że tak krótko trwała ta wystawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pół dnia w 3 salach? To twardzi z Was zawodnicy :) Nie wiem tylko czy "obsługa" Zachęty by z Wami tyle wytrzymała bo nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni do dzieci...
      W takim razie na Centrum Nauki Kopernik zarezerwujcie sobie od razu tydzień :)

      Usuń

Dołącz do nas:

 

Google+

Bloglovin

Cudowne i pożyteczne